Niedawno pisałam o Ani Bieluń i jej zajawce na naturalne mydełka, tak silnej, że dziewczyna prawie z głodu przymierała, ale pachnące i pięknie pieniące się mydełko musiało zawsze być na swoim miejscu. Moja znajoma Deborah też miała podobną fascynację dżemami. Ledwo jej na czynsz wystarczyło, ale co tydzień lub dwa, w zależności od ilości osób uczestniczących w jej barwnych, czasami egzotycznych, slowfoodowych śniadaniach lub kolacjach, wybierała się na Borough Market w Londynie, żeby tam po raz kolejny ulec pokusie zaopatrzenia się w dzikie ilości dżemów takich dostawców jak Rubies in the Rubble czy Westcountry Preserves. Połączenia dobrze znanych mi owoców z egzotycznymi alkoholami wywoływały zdziwienie przechodzące w ciekawość, a podane na świeżym chlebku w towarzystwie wyśmienitej kawy nigdy nie rozczarowały.
3 maja, dzień wolny od pracy. Ciężarna przyjaciółka z rodziną ma ochotę na wizytę na wsi, na łyk świeżego powietrza, na swojskie jedzenie i spacer wzdłuż jeziora Mytycze. Gości trzeba czymś poczęstować, czymś dobrym, smawitym, czymś sycącym.. Sklep zamknięty, na szczęście, bo opcja szybkiego zakupu czegoś słodkiego odpada. Smażymy racuszki.
Moja mama jest niekwestionowaną królową slow foodu w rodzinie. Nigdy w życiu nie kupiła ciasta na święta, imieniny czy inne uroczystości rodzinne. Zawsze piecze swoje. Ja uwielbiam jej zupy, szczególnie tewielopokoleniowe, które najlepiej smakują na wsi: jabłczanka z ziemniakami, krupnik z kaszy gryczanej i ziemniaków ze słoniną i cebulką, zacierka, czyli zupa mleczna z kaszy jaglanej z kluskami skubanymi, czy ta z ziemniakami okraszona słoniną. Dlatego kiedy słyszę o sałaciance-szczawiance, wiem, że będzie to hit weekendu majowego.
Lato w pierwszej fazie, czyli jeszcze kalendarzowa wiosna, a parki miejskie już upstrzone paniami w bikini, panami z gołymi klatami, zestaw skarpetki i sandały w jednym, koce, skóra lekko przypalona, dymek z grilowania unoszący się z ogródków lub balkonów... I coś, za czym nigdy nie tęsknię, ale co jest mi tak bardzo dobrze znane. Jeszcze z czasów dzieciństwa. Zapach, którego nigdzie indziej na świecie nie czułam tak intensywnie, jak w Polsce. To zapach kilkudniowego potu. Cóż, zaczyna się nieprzyjemnie, ale przyznajcie sami, że wiecie, o czym mówię, szczególnie jeśli podróżujecie miejskimi środkami transportu. Ludzie w Polsce się nie myją.
Co wiecie o kuchni Surf'n'Turf? Z czym Wam się to kojarzy? Mi na pewno z morzem, z falami, z morską bryzą, wiatrem, słonym smakiem, spacerem po plaży, jedzeniem serwowanym w nadmorskich restauracjach i pubach.... I z krowami pasącymi się gdzieś na łące, z czymś bardzo treściwym, prostym, a zarazem wyszukanym, egzotycznym dla polskiego podniebienia.
Warszawski Sheraton. Lubię tę okolicę. Plac Trzech Krzyży, z którego można pójść w tyle fajnych miejsc, w tyle różnych kierunków. Można zbiec w dół Książęcą, przejść się Mokotowską aż do Placu Zbawiciela, iść do centrum,poodddychać powietrzem polityki w Alejach Ujazdowskich... Jest też Sheraton – budynek, w którym do tej pory nigdy nie byłam i na pewno nie próbowałam niczego z kuchni Artura Grajbera, Szefa Kuchni hotelu Sheraton Warsaw, nie wspominając już o gotowaniu tajskiej potrawy o nazwie Pad Thai lub też roladek z papieru ryżowego w stylu wietnamskim pod jego uważnym okiem.
Myślę sobie cukiernia, jest Wedel, jest Blikle, są małe lokalne kawiarenki, o których wiedzą tylko okoliczni mieszkańcy, jest Słodki Słony Gesslerowej, ale to już centrum Warszawy... Tam jest wiele miejsc, gdzie można przekąsić jakieś ciacho, można zjeść śniadanie lub lunch, a przy okazji coś słodkiego, są sieciówki, których osobiście unikam, jest też coraz więcej miejsc prowadzonych przez osoby prywatne, ale z żadnym z tych miejsc się nie utożsamiam, nie czuję, że odkryłam jakieś miejsce, że sentementalnie mi się z czymś kojarzy, że muszę tam wrócić. I jest Qki. Na Ursynowie. I chociaż nie darzę sympatią osiedla, które wygląda jak gra planszowa z betonowych klocków, Qki to miejsce, do którego się wybieram, bo wiem, że ono może zmienić oblicze betonu, może wprowadzić na moją mapę Ursynowa element sentymentalny, a wszystko za sprawą tortu bezowego, którym miałam szczęście się delektować na przyjęciu weselnym u przyjacioł kilka miesięcy wcześniej.
Agnieszka Kręglicka, jedna z najbardziej aktywnych, wszechstronnych i mądrych osób w gastronomii polskiej o czytaniu etykiet, świadomych wyborach, o producentach jedzenia i ich dostępie do miejskich targowisk, o Salone del Gusto w Turynie, sobotnim targu w Falenicy, o bazarze Na Dołku, o Slow Foodzie i jego spontaniczności, nawiązywaniu bezpośrednich relacji z ludźmi, o śniadaniu z kaszy, twarogu, bakalii, oliwy i ziół, o kuchni śródziemnomorskiej, o kontestowaniu kuchni jako nastolatka, o inspiracjach i kulinarnym dejavu.
....smak tej kawy jest naprawdę wyśmienity (później skuszę się jeszcze na espresso, które jest delikatnie przedłużone w porównaniu do tego włoskiego). Czyli troszczą się o wysoką jakość swoich produktów od prawie 150 lat... 11 rano, a w C.K.Oboźni większa dekadencja niż w Przekąskach Zakąskach w piątek wieczorem...
Zamykam oczy i w sekundę teleportuję się do mało znanej turystom części Barcelony, właściwie takiej dzielnicy, której nie ma na mapie tego miasta, i którą znają tylko wybrani mieszkańcy, gdzie słychać tylko katalański lub hiszpański, a ludzie w przytłumionym blasku zimowego słońca popijają kawę przy stolikach rozstawionych na chodniku. Nie potrzeba lamp ogrzewających powietrze. Zdejmuję płaszcz zimowy i siedzę w samym wełnianym swetrze, okularach przeciwsłonecznych i czekam na mojego gościa, Giulię Tellarini z zespołu Giulia y Los Tellarini.
Ciepłe styczniowe popołudnie. W kącie jednej z sal restauracji U Kucharzy stoi jeszcze choinka świąteczna, bardzo skromnie ubrana. Zero przepychu lub nadęcia. Po prostu choinka. Stoi, pachnie, leciutko miga, może nawet tylko delikatnie świeci. Przypomnę sobie tę choinkę, jak pan Gessler będzie mi tłumaczył różnicę między restauracjam i treści i formy.
Czyba każdy przeżywa chwile olśnienia, zdziwienia, szoku, zadumy i innych dość skrajnych emocji w okresie świątecznym... To nieunikniona część tego okresu, w którym spędza się chwile z najbliższymi, których na co dzień nie widzimy, konsumuje się o wiele za dużo potraw ciężkostrawnych, które zwykle nie wchodzą do codziennego menu, wystawia się swoje oczy i mózg na promieniowanie elektromagnetyczne poprzez przebywanie blisko odbiornika tv i oglądanie filmów z gatunku świąteczna komedia romantyczna... Boże Narodzenie i Sylwester to często moment, w którym widzimy przyjaciół z różnych zakątków świata, którzy też nas potrafią zadziwić...
W moim rodzinnym domu kutia wygląda i smakuje następująco: makaron domowej roboty, mak zmielony kilka razy ręczną maszynką, najczęściej miele tata, a mama upycha mak, dosypując co chwilę cukru. Stłumiona przez cukier goryczka maku próbuje dojść do głosu, ale słodycz dodatkowych rodzynek ją przebija. W tej potrawie, która jest bombą kaloryczną, jest wiele składników, które wchodzą między zęby i tam często do końca wieczoru zostają. Doskonały przerywnik w słonych i kwaśnych potrawach wigilijnych oraz zapowiedź słodkiego obżarstwa następnego dnia, a właściwie chwil po północy, kiedy oficjalnie kończy się Adwent.
Pamiętacie, jak w październiku trzy restauracje przy Oboźnej 9 w Warszawie: Klimaty Kulinarne Czyli Chilli, Babooshka i C.K. Oboźnia, przy wsparciu Moniki Kuci, znanej pisarki kulinarnej i blogerki, zorganizowały konkurs na najlepszą recenzję menu degustacyjnego? Na początku listopada zostali wyłonieni zwycięzcy konkursu pt. “Zostań ekspertem kulinarnym. Zasmakuj w Oboźnej 9.”, którego nagrodą były warsztaty pisarskie z Moniką oraz warsztaty kulinarne w Akademii Gotowania Kurta Schellera.
Kiedy macie największą ochotę na czekoladę? Ja ją najczęściej mam jak mi zimno, jak mi źle, jak mi dobrze, po obiedzie, do kawy, jak jestem wypoczęta lub zmęczona... Właściwie zawsze. Dla tych, którym ślinka leci na samą myśl o czekoladzie, polecam rozmowę z dwoma nieprzeciętnymi panami, którzy zerwali z wygodnym życiem przy komputerze i całkowicie oddali się JEJ...doskonałej, organicznej, zmysłowej, kosmopolitycznej, najprawdziwszej CZEKOLADZIE, rozmowę z Tomkiem Sienkiewiczem i Krzysztofem Stypułkowskim, założycielami Manufaktury Czekolady.